"Ty jesteś nienormalny, śmiałeś się na horrorze, a płakałeś na Toy Story 3?!" - Usłyszałem chwilę po wyjściu z kina z seansu "Annabelle: Narodziny zła", czyli prequela "Annabelle" - produkcji z 2014 roku. Cóż... to prawda, śmiałem się na tym filmie, a na Toy Story 3 płakałem, ale nie uważam się przy tym za nienormalnego. Czemu? Pozwólcie, że wytłumaczę.
Nie jestem jakimś wielkim fanem i znawcą horrorów, ot, czasem lubię sobie taki film obejrzeć, widziałem ich kilka, trochę lepszych ("Egzorcysta", "Alien", "Aliens"), trochę gorszych (większość nowych horrorów), zdecydowanie bardziej wolę w takie produkcje grać ("Resident Evill VII", "Outlast"), ale kiedy coś mnie przestraszyć potrafi, to to robi, kiedy film działa na moje emocje, to wczuwam się w niego i zależnie od tego, jaka jest to produkcja, reaguje na to co się dzieje na ekranie w jeden bądź drugi sposób. Nie żałuję czasu spędzonego w kinie na "Narodzinach zła", były tam rzeczy, które doceniam i uznaję za plusy, jednak cieniem na nich staje mój najpoważniejszy zarzut... nie czułem emocji.






